Nasz prezydent, nasz rząd, nasza wola…

Prezydent RP nie jest już strażnikiem żyrandola, nie podpisuje również wszystkiego, co mu parlament wysmaży. Żyrandola już nie ma, bo podobno ukradł go poprzednik, więc i pilnować nie ma czego. Podpisy pod ustawami parlamentarnymi składa natomiast po głębokiej kilkuminutowej analizie prawniczej oraz zasięgnięciu opinii zainteresowanych środowisk.

Prezydent PR jest, przepraszam, ma być, z urzędu bezpartyjny, apolityczny. Każdy więc przejmujący ten urząd oficjalnie żegna się ze swoim partyjnym członkostwem. Żegna się i przechodzi do partyjnego podziemia, bo oficjalnie nie może już reprezentować partii, a cały naród. I poniekąd jego wolę. Nadal jednak jest partyjnie uwiązany i podwieszony, choć oczywiście już nieoficjalnie.

Taka jest praktyka naszego życia politycznego. Tzn. praktyką jest, że głowa państwa oficjalnie rezygnująca z partyjnego członkostwa, nadal pozostaje funkcjonariuszem partii. I dokładnie wypełnia polecenia, które partia nadal mu wydaje. Tylko skończony hipokryta może twierdzić, że jest inaczej.

Kiedy patrzę w tamtą stronę, nie widzę żadnego mojego partyjnego kolegi…

Skoro więc parlament w pośpiechu godnym prędkości znacznie przereklamowanego Pierdolino, klepie nocami kolejne ustawy (głownie dzięki większość parlamentarnej), głowie państwa (podziemnemu działaczowi partii rządzącej) nie pozostaje nic innego, jak te ustawy z prędkością światła podpisywać.

Praktyka znana od lat, z wyjątkiem może wyjątkowej częstotliwości nocnych obrad Sejmu. Do tego częstych, że nawet płynąc z obozu większości głosy o konieczności ustanowienia dodatku za… nadgodziny.

Wróćmy jednak do klasycznego podziału władzy: wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą. Doskonale wpisuje się w nią ostatnia wypowiedź rzecznik przewodniej siły narodu, Beaty Mazurek: Mamy swojego prezydenta, mamy swój rząd, mamy większość parlamentarną. Tylko tyle i aż tyle. Powinna jeszcze dodać, że mamy swoje media, swój Trybunał Konstytucyjny, a za chwilę będziemy mieli swoje sądownictwo. I zakończyć: Możecie nam skoczyć. To tak fajnie wpisuje się w retorykę języka PiS.

Czapki z głów przed tubą propagandową PiS. Żaden wcześniej rzecznik partii rządzącej nie miał tyle odwagi, aby stwierdzić coś takiego. Mimo że wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, jaka jest praktyka.

Powinniśmy się cieszyć. Nieważne, że rola głowy państwa sprowadza się do pilnowania nart i dopasowywania wiązań, nieważne, że głowy państw i szefowie rządów Europy spotykają się z Naczelnikiem Państwa, czyli szeregowym posłem naszego Sejmu. Ale to przecież w głowie Naczelnika wykluwają się wszelkie pomysły i idee, wprowadzane potem w życie przez przewodnią siłę narodu poprzez jej większość parlamentarną, jej rząd i jej prezydenta.

Na tym właśnie polegał system rządzenia za czasów PRL. I jak widać wzorce z tamtych czasów tak są zakorzenione w umysłach obecnie rządzących, że z lubością do niego powrócili.

JANUSZ WYKRZYWA