A propos „tamy” dla populistów Wildersa

Od samego rana we czwartek słyszałem, że „Holandia zatrzymała populistów”, że „populiści holenderscy ponieśli klęskę”, itd. itp… A przecież, gdy spojrzeć w wyniki, to jest jasne jak słońce, że to Wilders i jego „partia, której nie ma” (tak, tak, NIE MA, bo nie ma członków, nie ma też struktur…), zwącej się Partią Wolności odnieśli sukces.

W przeciwieństwie bowiem do partii tworzących dotychczas rządzącą koalicję ludzie Wildersa powiększyli o 30 proc. liczbę mandatów (dotychczas 15, a teraz 20) w 150 osobowej izbie niższej parlamentu. Tymczasem partia premiera Rutte’a straciła ich 25 proc. (będzie zajmował 29, zamiast dotychczasowych 38 miejsc). O socjaldemokratach z Partii Pracy, czyli koalicyjnych partnerach nie wspomnę, bo oni ponieśli wręcz klęskę, tracąc połowę z dotychczasowych mandatów.

To skąd te komentarze, powtarzane bezmyślnie przez tzw. dziennikarzy i tzw. ekspertów? Wyjaśnieniem może być albo niewiedza lub nieznajomość algebry, albo typowo Wańkowiczowskie „chciejstwo”, które w oczywistym sukcesie Wildersa kazało im dostrzec jego… Właśnie, co? Wszak chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie zakładał, że jego „partia, której nie ma” zdobędzie większość mandatów, co pozwoli temu dziwnemu tworowi skonstruować rząd? Co prawda sondaże dawały jego „partii, której nie ma” nawet 40 mandatów, ale to był jedynie „antyestablishmentowy” głos…

W każdym razie ja zupełnie inaczej widzę wyborcze wyniki w Holandii. Holendrzy, którzy w ponad 80 procentowej. rzeszy uprawnionych do głosowania udali się do urn wprowadzili do parlamentu aż 12 partii. Co wcale nie oznacza, że skonstruowali nieprzeciekający polder dla ludzi Wildersa. Wręcz przeciwnie – te wybory pokazały, że Wilderski populistyczny (niech będzie) polder przecieka bardziej niż przed tymi wyborami. Zobaczymy, jak teraz politycy poradzą sobie z budowaniem rządowej koalicji, co wcale nie będzie takie łatwe…

(MJZ)