Kiełbasa a sprawy Polski

Rzecz stała się niesłychana. Prezydent kraju miał w postny dzień zajadać się kiełbasą! Oczywiście to wymysł mediów przeciwnych naszej częściej klęczącej niż jeżdżącej na nartach głowie państwa. Oczywiście nie była to żadna kiełbasa, ale faszerowane pomidorki. A dlaczego nie papryka, albo rzodkiewki? Na niezbyt wyraźnym zdjęciu i tak dokładnie nie widać.

Złośliwy dziennikarz zaśmiewał się z nieprzestrzegania postnej zasady z piątkowe południe przez podobno bardzo religijnego prezydenta. Może raczej przez prezydenta obnoszącego się ze swoja religijnością.

Dla mnie to nic dziwnego. Zachował się po prostu jak miliony katolików w naszym kraju. Na pokaz, od święta, się klęczy, w pierś bije, grzechy wyznaje, Matką Boską usta wyciera, a na co dzień … Szkoda nawet wymieniać.

Prezydent tym samym udowodnił, że jest takim samym człowiekiem jak każdy z innych Polaków. Nie mogłem napisać „z nas”, bo atrybutów religijności na pokaz żadnych nie posiadam i nie praktykuję. Ale przecież jestem w zdecydowanej mniejszości.

Donaldzie, jak doskonale wiesz, wystawiliśmy tego Sariusza tylko po to, aby pomóc ci w wyborze na drugą kadencję….

Nie robiłbym więc tragedii i nie wydzwania do redakcji wielce szanownego Tygodnika Podhalańskiego i nie żądał przeprosin dla głowy państwa. Bo może komuś wydawać się w tym momencie kiełbasa jest ważniejsza od głowy. Chyba że faktycznie jest…

Zresztą prezydent będąc w górach jeszcze raz udowodnił, że potrafi się zachować jak każdy z nas, czyli swój chłop jest po prostu. Któż bowiem nie skorzystałby z możliwości ominięcia długiej jak zwykle kolejki do wyciągu narciarskiego? Chyba tylko ci, którzy na nartach nie jeżdżą. Prezydentowi luksus ten zapewniła ochrona i na nic zdało się pohukiwanie kolejkowiczów. Bo niby z jakiej racji głowa państwa ma stać w kolejkach?! Pierwszy obywatel?! W kolejkach?!

Kiełbasa stała się również bohaterem końca tygodnia, kiedy to najpierw partia-przewodnia siła mniejszej części narodu, a potem rząd (czy kolejność jak najbardziej uzasadniona) ustaliły, że sprzedawczyk, kolaborant, zdrajca, Niemiec Tusk nie może być przewodniczącym RE na drugą kadencję. Co prawda nikt z UE o to się ich nie pytał, ale nie może tak być, że wybiera się kogoś na jakieś stanowisko unijne bez konsultacji z Naczelnikiem z kotem na rękach.

Żeby było śmieszniej, kiedy Tuskowi zaproponowano to stanowisko poprzednio, Polski również nikt się nie pytał. Pytano się zainteresowanego, a decyzja zapadała na unijnych korytarzach i unijnych kuluarach dla dobra Unii, a nie Polski.

Warszawska Nowogrodzka rzuciła więc unii kiełbasę wyborczą w postaci jakiegoś tam europosła, który, wydawało się nieznającym unijnych zwyczajów i praktyki przydupasom Naczelnika, mając ich rekomendację, namaszczenie i błogosławieństwo, będzie potraktowany poważnie.

Szkoda mi gościa, bo mimo wieloletniego doświadczenia w dyplomacji taktykiem okazał się kiepskim. Frajerem nawet. Prawie z dnia na dzień z reprezentanta liczącej się frakcji politycznej w Brukseli, stał się nikim i stracił wszystko, co miał (prócz pieniędzy oczywiście). Komuś marzy się, aby został on kolejnym ministrem SZ, ale kolejka do tego fotela jest długa.

W sumie kandydat na miejsce Tuska spalony na samym końcu politycznej rozgrywki – bo trzeba było z nim wyjechać co najmniej pół roku temu, a nie kilka dni przed głosowaniem – to kolejny dowód na to, że sny o jakiejkolwiek potędze Polski na arenie trzeba będzie odłożyć na jakiś czas, może nawet na dłużej.

Nawet jakaś tam wydumana pozycja lidera w grupie z Wyszehradu stoi pod znakiem zapytania. Orban z Węgier i jego koledzy z Pragi i Bratysławy zamiast murem stanąć za Naczelnikiem i wesprzeć go w działaniach odcięcia Tuska od brukselskiego żłobu, chórem opowiedzieli się… za znakomitym ich zdaniem przewodniczącym RE.

Kiełbasę i to już ostatnią rzucił parlamentarzystom marszałek Sejmu. Jakoś już tak utrwaliło się w świadomości rozsądnie myślących Polaków, że na gościa można zawsze liczyć. I nie pomylili się. Miesiąc bez wpadki tego pana, to miesiąc naprawdę rzadki.

Z pewnością więc kiełbasa w parlamentarnej stołówce wyremontowanej za 1,6 mln złotych będzie smakować znacznie lepiej i inaczej niż spożywa ją zdecydowana większość społeczeństwa. Ale oczywiście można podpisać się pod uzasadnieniem: nienajedzony parlamentarzysta to zły parlamentarzysta. Ale z kolei najedzony to śpiący i leniwy.

Tak czy inaczej, kiełbasa rządzi…

JAN WYCECH