Gdyby oficer BOR wykonał swoje zadanie…

Do którego został zresztą powołany, wyszkolony i które powinien wykonać, to pewnie mielibyśmy teraz trochę zniszczoną rządową limuzynę (ale nadającą się do dalszej jazdy), jeden skasowany seicento być może z trupem w środku. A gdyby jechała nim rodzina, jak to gdybał minister BOR-em rządzący, to trupów byłoby więcej. Pogdybam więc sobie, bo mnie – w odróżnieniu od ministra – wolno. On powinien opierać się wyłącznie na faktach.

Załóżmy, że kierowca rządowej limuzyny wiozącej panią premier zachował się, jak przystało na kierowcę Biura Ochrony Rządu, którego najważniejszą funkcją jest  ochrona m.in. Prezesa Rady Ministrów. Mogło dojść do tragedii. Tylko, że ustawa o BOR nie określa dokładnie co owa „ochrona” ma oznaczać.

Czy tylko i wyłącznie zapewnienie bezpiecznego, szybkiego i sprawnego przemieszczanie się z punktu A do punktu B? Czy tylko torowanie drogi w tłumie fanatycznych wielbicieli, ewentualnie wrogów? Czy wyłącznie trzymanie parasola w ręku, aby móc nim osłonić osobę ochranianą przed nadlatującymi jajkami?

Dużo natomiast jest w tejże ustawie miejsca o obowiązkach wobec osób, które zostaną przez funkcjonariusza BOR uznane za podejrzane i, nie daj Boże, zatrzymane. Choćby do wyjaśnienia.

BOR-wcy prezydenta Kaczyńskiego nosili przed nim teczki i razem z nim odbierali meldunek dowódcy kompanii honorowej

Nie wiem, jak BOR, jego poszczególni funkcjonariusze działają obecnie. Mogę tylko podejrzewać, że niewiele z tej materii zmieniło się w porównaniu z tym, o czym wielokrotnie opowiadał mi tata, który miał, jako dziennikarz, z „borowikami” do czynienia.

Choćby o brataniu się funkcjonariuszy tej służby z dziennikarzami. Pozwalało się to niektórym wcisnąć na imprezy dla mediów zamknięte. Choćby o całkowitym podporządkowaniu osobie ochranianej, a przecież powinno być całkowicie odwrotnie. Klasycznym przykładem jest najsłynniejszy polski tzw. antyterrorysta, który nie pełniąc w BOR żadnej funkcji nieformalnie zarządzał ochroną prezydenta Kwaśniewskiego. Na polecenie tego ostatniego.

Gdyby kierowca BOR prowadzący samochód z panią premier „na pokładzie” zachował się, jak na funkcjonariusza tej służby przystało, to na milimetr nie zmieniłby toru jazdy. I być może dzisiaj mielibyśmy pogrzeb kierowcy seicento. I mimo tej perspektywy, być może ocenianej w ułamku sekundy, tak właśnie powinien postąpić.

Tylko że potem czekałoby go śledztwo, w którym musiałby udowadniać miesiącami, że to on miał rację. I znalazłaby się armia polityków i krzykaczy, którzy ogłosiliby go mordercą.

Bo taka jest u nas praktyka. Policjant zastanawiał się będzie dziesiątki sekund zanim wyciągnie bron i odda strzał do przestępcy. BOR-wiec będzie wolał walnąć w drzewo, połamać nogę koledze i poobijać panią premier niż potem tłumaczyć się, że manewr seicento zagrażał życiu osoby ochranianej i nie miał wyjścia… tylko, że ma on osobę te „ochraniać”, a nie „ochraniać jej zdrowie, życie, nienaruszalność” i co tak jeszcze możemy pod tym pojęciem rozumieć.

Żadne zmiany nazw (debilny pomysł), żadne większe uprawnienia (to tylko idiota mógł wymyślić), żadne podporządkowywanie wojsku (wiadomo, rządzi minister duszami, chciałby i ciałami) nic nie dadzą. Nie dadzą, póki osoby ochraniane nie będą wykonywały poleceń ochrony. Tak właśnie bowiem ochrona (choćby i narodowa) musi funkcjonować. U nas jest to nie do pomyślenia.

Prezydent miałby słuchać ochraniarza. Premier? Minister Obrony Narodowej ma słuchać kierowcy, który jeździ z nim ileś tam lat?! NIEMOŻLIWE!

U nas niemożliwe. W krajach, w których politycy są na rzeczywistym celowniku zamachowców jest to nie do pomyślenia.

Czy u nas trzeba równie podobnej tragedii, aby funkcjonariusze ochrony (nawet narodowej) byli traktowani poważnie, tak jak na to zasługują, a nie jak lokaje, sekretarze, chłopcy na posyłki, tragarze, opiekunowie piesków?

Ale to politycy takimi ich czynią. Prawdziwych profesjonalistów sprowadzają do roli jeszcze jednych sług. I to wszyscy politycy. Pod tym względem niczym się niczym nie różnią.

I nie tylko pod tym…

JAROSŁAW WYPYCH