Kotka z myszkami podchody w metropolię

Kotkowi Sasinowi wydawało się, że wystarczy pobieżnie przeczytać to, co niby-eksperci spłodzili (przy wzrastającej tzw. dzietności, termin jak najbardziej uzasadniony), czyli prawnicy wynajęci przez jego partię, aby brylować na medialnych salonach i uzasadniać, że ma rację. Nie, Panie Kotku, przy okazji trzeba jeszcze myśleć.

A czy można nazwać myślącym posła, który twierdzi, że przedstawiciele samorządów lokalnych, które na siłę mają być do Warszawy przyłączeni, nie mają prawa głosu. Bo kto ich do tego upoważnił? Pytał Kotek. Ano, Panie Pośle, naród. Ten sam, który Pana i Pana sitwę do władzy wyniósł. Ten sam, który w gminach, które chce Pan na siłę do stolicy dołączyć, na Pańskie ugrupowanie głosował.

Gorzej, że wśród obietnic wyborczych nie znalazła się właśnie ta. Że będą głosujący uważać się za warszawiaków.

Nie każdemu bowiem, Panie Pośle, to się podoba. Nie każdy chce jechać w Polskę w etykietką warszawiaka. Wolą być wołominami, łomiankarzami, zalesianami i innymi. Byle nie warszawiakami. Dlaczego? A może proszę pojechać w Polskę i popytać. Widać od dawna z narodem Pan nie był.

Dobra, dość tych osobistych wycieczek.

PiS, abstrahując od prawdziwych powodów, wydumał projekt stworzenia wielkiej Warszawy. Na tyle wielkiej, aby bez żadnych problemów władzę w tej Warszawie przejąć. W ich mniemaniu prosta matematyka MUSI przełożyć się na zwycięstwo wyborcze. Skoro więc iluś tam (po prawdzie zdecydowana większość) mieszkańców gmin otaczających stolicę zagłosowała na kogo zagłosowała, to powinno się to przełożyć na wybory samorządowe.

Sorry, debilna to matematyka. Po pierwsze nie wystarczy sypnąć kasą (program 500+ i inne), aby ludzie gremialnie powiedzieli „za”. Trzeba również wyczekać i zobaczyć, jakie mogą być finalne skutki tego rozdawnictwa. Zwłaszcza przy niskiej ściągalności podatków, zwłaszcza przy „dowaleniu” podatkowym prowadzącym jednoosobową działalność gospodarczą, czyli zdecydowanej większości mieszkańców. Pozostali dojeżdżają do pracy w Warszawie.

Nikt nigdy w Warszawie nie mówił o ambicjach metropolitalnych. Warszawa, jej radni, włodarze i mieszkańcy chcieli być po prostu warszawiakami. Nikomu z nich nie marzyła się Wielka Warszawa. Ta, która na każdym rogu ulicy, na każdym placu i skwerze, będzie stawiała pomniki Wiadomo Kogo. Więc nie uzasadniajcie swojego wniosku, Panowie, wyłącznie własnymi ambicjami.

Przejdźmy do faktów. Projekt ustawy o ustroju miasta stołecznego Warszawy trafił do Sejmu. I… I nic. Pogadał sobie poseł Sasin o tym, o czym do końca nie miał pojęcia i projekt… wstrzymał. A może nawet wycofał, ale to już tajemnicą pozostaje.

Na wieść o projekcie burmistrzowie gmin na siłę do stolicy przyłączanych powiedzieli NIE. Mieli do tego prawo, bo są z namaszczenia ugrupowań, który wybory samorządowe wygrały. Mają więc MANDAT, aby w tej sprawie się wypowiadać, Panie Sasin. Inaczej Pani również by go nie miał, bo wybrała Pana mniejszość narodu.

Skoro oni nie, to i warszawka też. Ale warszawka poszła dalej. Zarządziła referendum. Na tę wieść niby-reprezentant narodu (według jego kategorii) zapowiedział wstrzymanie prac nad projektem, albo może nawet jego wycofanie.

Teraz kolej na warszawkę – też z referendum powinna się wycofać, bo po co wywalać kilka milionów na coś, co niczemu nie służy.

Ale kiedy warszawka wycofa się z referendum sasinowcy zaczną projekt procedować. Wtedy znowu ogłosi się referendum. A to spowoduje wstrzymanie prac nad projektem. A wtedy…

Zabawa ta może trwać naprawdę długo. Gorzej, że jej efekty będą odczuwali obecni ci, „mieszkańcy stolicy”, którzy mają się nimi niby stać…

JAROSŁAW WĘCH