Filmowa „Sztuka kochania” zachwyca

To jeden, jedyny film biograficzny, którego bohaterkę poznałam osobiście. Dwa lata przed śmiercią Michaliny Wisłockiej odwiedziłam ją w skromnym mieszkanku na warszawskim Starym Mieście. Siedziała w fotelu, mówiła powoli, cicho. Była słaba. Ale cieszyła się jak nastolatka, że za godzinę obejrzy w telewizji Casablankę. Wiadomo, film o miłości.

Bardzo jej w życiu potrzebowała, co znakomicie wydobyła Maria Sadowska – do niedawna piosenkarka z dorobkiem dziewięciu solowych płyt – reżyserka najnowszej premiery kinowej, która z pewnością zgromadzi milionową widownie. Film jest taktowną, świetnie przeprowadzoną wiwisekcją skomplikowanego życia osobistego i uczuciowego kobiety nietuzinkowej- znanego seksuologa, ginekologa, cytologa. A jednocześnie obrazem drogi cierniowej, jaką musiała przejść, by wydać pierwszy w PRL-u przewodnik po życiu seksualnym. Pruderyjna, dwulicowa moralność komusza tępiła zdobywanie wiedzy z tej dziedziny, chociaż ludzie jej łaknęli. Sztuka kochania rozeszła się w nakładzie siedmiu milionów. Nie do wiary? A jednak.

Oglądając w latach późnego PRL-u programy telewizyjne, w których doktor Wisłocka chętnie występowała jako autorytet w wielu dziedzinach, nikt nie podejrzewał, co ta kobieta przeszła, jak nieudane było jej małżeństwo, a zarazem jak była seksualnie spętana i do czego to doprowadziło.

Krzysztof Rak, autor świetnego scenariusza, daje nam możliwość obcowania z dowcipnym, żywym dialogiem, co naprawdę rzadko się w kinie spotyka. Obsada filmu jest bez zarzutu. Maria Sadowska perfekcyjnie wybrała do głównej roli Magdalenę Boczarską, której rozwój śledzę od lat i jestem pełna zachwytu. Partneruje jej znakomicie wyczuwający niuanse roli męża Wisłockiej Piotr Adamczyk. A pierwsza z nim scena? Majstersztyk aktorstwa, poczucia humoru, dystansu do siebie. Inni aktorzy, np. Justyna Wasilewska, Eryk Lubos, Borys Szyc, Arkadiusz Jakubik również się pięknie sprawdzili.

Maria Sadowska wybrała temat, który jest bliski wielu kobietom, a także mężczyznom, chociaż się do tego nie przyznają. Udało się jej subtelnie przedstawić sytuacje, w których przegrywamy, bo nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Wstydzimy się partnera. A oni nas. I dlatego się męczymy we dwoje – kłócimy, zdradzamy. A zajmując się losem kobiety doskonale znanej, której córka i wnuczka obejrzały film, a przedtem z twórcami tego dzieła współpracowały, reżyserka i scenarzysta uniknęli taniej sensacji. Brawo!

MARTA SZTOKFISZ