Schizofrenia prezesa TVP

Miniony weekend (14-15 stycznia br.) należał do TVP1, która za sprawą wysokiej oglądalności dubletu Kamila Stocha, „Teleexpressu” oraz dokumentu „Pucz” Ewy Świecińskiej odnotowała spektakularne rekordy.

Tymi m. in, słowami Biuro Marketingu TVP informowało swoich pracownikach o wielkim sukcesie w wojnie z konkurencją. Prezes pewnie zacierał ręce z radości. Przez chwilę tylko, zaledwie dni parę. Zrozumiał bowiem, że funduje ku radości gawiedzi rozrywkę za darmo. A przecież nawet PiS wie, że za darmo nic nie ma. Może tylko rozdawnictwo cudzych pieniędzy. A ponieważ są cudze, to tak bardzo nie boli, więc płynie ich strumień do narodu szeroki, coraz szerszy.

Prezes Kurski cudzych pieniędzy nie ma. Ma tylko swoje, znacznie zwielokrotnione od czasu wygrania konkursu na prezesa. Ale przecież swoich nie będzie ładował w wątpliwy interes. Nigdy tego nie robił. Był raczej z tych, co lepkie raczki mają. Jeszcze za czasów ROP-u. Koledzy pamiętają…

Szef telewizji narodowej (bo teraz media mamy tylko narodowe albo obce) alarmuje, że bez odpowiedniego zastrzyku pieniążków jego królestwo nie przetrwa.

Na nic zdał się program dobrowolnych odejść zaserwowany pracownikom w czwartym kwartale ub.r. Jakiś dureń z Woronicza wymyślił, że w ten sposób pozbędą się starszych pracowników, tuż przed emeryturą. Odchodzili głównie młodzi, którzy inkasowali wysoką odprawę i nie mają problemu ze znalezieniem nowej pracy.

I raptem z podsumowaniem tego programu okazało się że w kasie telewizyjnej dno widać.

Raptem ktoś zaczął pieniążki przeliczać, interesować się w ogóle tym, skąd one mogą w najbliższym czasie się pojawić.

Nie będzie bowiem w tym roku zlotu harcerzyków z NATO i minister od apelu smoleńskiego się nie dołoży. Z drugiej strony nie będzie też światowego zlotu wyznawców jedynie słusznej religii, więc jakieś tam oszczędności będą. Ale tylko iluzoryczne, bo przecież od nie wydawania pieniędzy wcale ich nie przybędzie.

Czabański – medialny geniusz PiS, który nadzorował rewolucję w mediach narodowych miał pomysł na znaczną poprawę kondycji finansowej zarówno telewizji jak i radia. Pomysł miał, ale na prawie się nie znał (jego otoczenie też) i kiedy już była nawet latarnia w tunelu, sam musiał ją zgasić. I jego pupilek Kurski został z niczym.

Znaczy się niezupełnie. Został z odziedziczonym po komunistach systemie abonamentowym, który wprowadzał specjalny podatek od zakupy telewizora lub radioodbiornika. System tak durny, że nic dziwnego, że ludzie mają go gdzieś i abonamentu nie płacą.

Kurski straszy, że może zabraknąć ukochanych stacji, uwielbianych seriali, wynoszonych pod niebiosa, niezwykle rzetelnych i kapiących wprost obiektywizmem  programów informacyjnych, znakomitych show i kabaretów. Nie będzie nowych, jakże potrzebnych dla histerycznej (nie poprawiać!) edukacji narodu programów, filmów, seriali…

Ale prezes nie straszy widzów. Prezes straszy polityków, swoich kolegów i przełożonych, straszy Czabańskiego i Kaczyńskiego: Nie dacie kasy, nie będzie możliwości wychwalania was, pokazywania, jak nieudolna, podstępna i zdradziecka jest opozycja. Znikną z ekranów publicyści i politycy przypominający codziennie Polakom, jakim to zdrajcą jest Tusk, a oszustem Kijowski, ile nakradł Owsiak, a jak wspaniały jest Caritas, ile dobrego dla Polski i Polaków robi rząd Szydło, a ile prezydent Duda już kilometrów na nartach przebiegł.

Tego właśnie prezes Kurski boi się najbardziej i o tym sygnalizuje swoim.

Ale jak do tej pory usłyszał jedną tylko odpowiedź na swój apel: Dostałeś taką podwyżkę i musisz teraz się wykazać. Myśl, chłopie, myśl i działaj. Bierz przykład z Błaszczyka i Macierewicza…

JANUSZ WYDAŁ