A dzieci nikt się nie pytał…

Prawo oświatowe, według zapewnień pani minister, zostało wykute w trakcie wielu konsultacji, narad i badań wśród wielu środowisk. Prezydent ustawę podpisał po wielotorowych konsultacjach, w których zabrakło chyba tylko kolegów ze stoku. A tak na serio, nikt o zmiany nie pytał się najbardziej zainteresowanych. Bo i po co…

Stara reforma właśnie zatoczyła koło. Półtora roku temu maturę zdawał rocznik, który przeszedł pełen cykl nowego programu: od podstawówki, przez gimnazjum i liceum. I tak po prawdzie dopiero teraz można by zacząć zarówno program, jak i cały system oceniać. Bo do tej pory był w rozsypce, szczątkowy, nie było całościowego obrazu.

Zdecydowano się na rozwiązanie jak najbardziej drastyczne. Z punktu widzenia uczniów oczywiście. Rodzice bowiem to chcą mieć przede wszystkim święty spokój. A ten z kolei oznacza, że dziecko nie będzie sprawiało w szkole problemów, a do domu przynosiło same dobre oceny.

Nauczyciele też są w stanie przystosować się do każdych wymogów. Do starych podstaw programowych mieli bardzo dużo zastrzeżeń, ale przecież realizować je musieli. I jeżeli słyszę teraz, że nauczanie nastawione było na system testowy, to przecież nauczyciele sami tego nie wymyślili. Po prostu realizowali zalecenia.

Nie ulega wątpliwości, że poprzednia reforma położyła na łopatki szkolnictwo zawodowe na poziomie szkół zawodowych. Wmówiono rodzicom, bo przecież nie dzieciom i młodzieży, że każdy w Polsce powinien mieć wyższe wykształcenie. To była wielka bzdura i wielki błąd.

A kiedy zaczęły znikać szkoły zawodowe zaczęły też rozluźniać się więzi na linii gospodarka-oświata. A nawet te szkoły, które się ostały, nie były w stanie wykształcić pracowników na odpowiednim poziomie. Uczniowie doskonale o tym wiedzieli, ale przecież nikt ich o zdanie nie pytał.

Tak samo jak w zeszłym roku znajoma nie spytała swojego syna, czy chce powtarzać pierwszą klasę. Państwo stworzyło taką możliwość dzieciom, ale to rodzice decydowali. Znajoma zdecydowała, że będzie powtarzał, bo w drugiej klasie wchodzi tabliczka mnożenia, a ona się na tym nie zna, więc odsunie ten moment (kiedy trzeba będzie uczyć się jej razem z synem) w czasie.

Nie co krakać, że nauczyciele będą zwalniani, bo nikt tego nie wie. Mojej wychowawczyni z podstawówki po prostu dołożą (takie są plany) dodatkowe godziny z uczniami nowych klas siódmych, a potem ósmych. O dodatkowych pieniądzach na razie nic się nie mówi. Ale o przejęciu nauczycieli z gimnazjum też nie. Ci mogą trafić i do tzw. szkół. A co nauczycielami zawodu? Ci z dawnych zawodówek to już w większości emeryci.

Uczniów oczywiście nikt się o nic nie pytał, a to oni będą po raz kolejny królikami doświadczalnymi eksperymentu polityków. Nie pytano się zwłaszcza uczniów obecnej klasy pierwszej gimnazjum. Za dwa i pół roku część z nich wyląduje w liceach, technikach lub szkołach zawodowych, kosmetycznie zmienionych na tzw. Branżowe. W tych samych szkołach wylądują absolwenci podstawówek. Problem tylko w tym, że gimnazjaliści będą mili za sobą rok nauki więcej! Ciekawe, jak zostanie to rozwiązane programowo…

Innym problemem może być również to, że w klasach tych spotkają się dzieci nawet o dwuletniej różnicy wieku. Sześciolatek idący po podstawówki będzie miał wtedy lat 14, a gimnazjalista, który rozpoczął edukacje w wieku lat siedmiu – 16 lat (6 lat podstawówki i 3 gimnazjum). Nikt mi nie powie, że w tym wieku nie jest to różnica bez znaczenia. A nigdzie nikt słowem nawet się nie zająknął.

Autorzy reformy systemu oświaty wrócili do korzeni, bo właśnie w tym nowym-starym systemie sami się edukowali. Widząc tego efekty, można mieć poważne wątpliwości, czy ta zmiana w ogóle jest potrzebna.

Bo najpierw trzeba było opracować program nauczania, podstawę, do której potem dostosowałoby się organizację. Inaczej nawet merytorycznie nie można o ustawie dyskutować, bo i o czym?

O tym, czego i jak uczyć, a nie w ilu klasach i przez ile lat.

JEREMI WYSTRZAŁ

Fot: www.solidarnosc.org.pl