Kompromis brzmi tylko pejoratywnie

Istota działania każdej instytucji publicznej, w której zasiadają tzw. przedstawiciele narodu. Ci, którzy dostali się tam z jego woli, na mocy wyborów. Powszechnych i demokratycznych. Ich działanie zawsze, na każdym szczeblu, reprezentowanej władzy powinien cechować KOMPROMIS. Ten znienawidzony. Przez wszystkich.

Czy to gmina, czy miasto, czy państwo nie powinno być zarządzane, czy rządzone przez większość, bez prawa mniejszości do wyrażenia swojej opinii, w najlepszym razie do ustalenia wspólnej linii postępowania. Ale to oczywiście jest IDEAŁ.

PRAKTYKA pokazuje, że tzw. KOMPROMIS jest najbardziej znienawidzoną przez rządzących i ich przeciwników nie tylko konstrukcją słowną, ale również metodą działania.

Marszałek Sejmu orientuje się, że trochę się zagalopował. Tak jakby chciał zmienić swoją decyzję, ale Prezes mówi stanowcze: NIE. KOMPROMISU NIE BĘDZIE! No i nie ma.

Ci, którzy w odwecie zajęli trybunę sejmową również uważają, że jedyny KOMPROMIS jest tylko tym ich. Jeśli zostaną spełnione ich żądania. Kompromis zastąpił DYKTAT.

Politycy bardzo wstydzą się tego określenia. O wprowadzaniu go w życie nie ma nawet mowy. Tzw. pójście na kompromis w tym konkretnym przypadku oznacza zapytanie marszałka Sejmu o możliwość rozwiązania kryzysu w instytucji, którą tak nieudolnie kieruje. Nie dość więc, że sam do kryzysu pośrednio doprowadził, to jeszcze nie potrafi sam z niego wybrnąć.

Nie jestem ekspertem, do którego zapytanie o możliwy kompromis z opozycją trafiło. Ale gdyby, to odpowiedź byłaby jedna: kompromis nie jest możliwy, bo ŻADNA ZE STRON GO NIE CHCE. Każdej jest na rękę, aby trwał jak najdłużej.

Strona rządowa może cały czas głosić, że blokowanie sali plenarnej Sejmu nie jest zgodne z prawem. Nikt jednak oficjalnego zgłoszenia do prokuratury nie dokonał i nie dokona. Zgodnie z prawem, ci, którzy wiedza o przestępstwie i go nie zgłaszają, sami prawo łamią.

Czasowo i rotacyjnie okupujący salę plenarną nie opuszczą jej dobrowolnie bez spełnienia ich żądań. Rządzący ich nie spełnią, bo nie chcą stracić „twarzy”, której od dawna nie mają, choć powtórne głosowanie nad poddawanymi pod wątpliwość ustawami i tak poszłoby po ich myśli.

Strajku w Sejmie (i pod nim) mogłoby nie być. Ustawy mogłyby zostać ponownie przegłosowane. Nie byłoby „afery” ze zdradą organizacyjną i małżeńską liderka opozycja, szukaniem kwitów na jej innego podliderka, a ten trzeci nie miotałby się od ściany do ściany coś tam bełkocząc.

Z drugiej strony Wódz państwa nie musiałby zwoływać konferencji i ze swoimi podwładnymi głosić, że rozczaruje się, jeśli jego ręka wyciągnięta do zgody zostanie odtrącona. Nie musiałby gadać bzdur o wyimaginowanym puczu, bo gdyby był prawdziwy, to na ulicę wyszłoby wojsko w jego obronie. Nie puczu, ale Wodza.

Nie byłoby tego wszystkiego, byłby spokój i cisza świąteczno-noworoczna, media nie miałyby na kogo ujadać i w ogóle nie wiedziałyby o czym społeczeństwo informować.

Świat wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby wszyscy uznali, że KOMPROMIS, wcale nie oznacza klęski, przegranej, poddania się, ustępstwa, że jest najnormalniejszą zasadą politycznego współistnienia…

JUREK WIELOWĄS