Zarobić, a nie narobić się

Każdy o tym marzy. Ale nie każdemu się udaje. Grunt to mieć pomysł. Może nie do końca etyczny, ale daleki od oszustwa. Zarzutu postawić więc nie można. Można za to liczyć, że tzw. czytanie ze zrozumieniem nie będzie umiejętnością, która w Polsce zupełnie zaginie wraz z likwidacją gimnazjów.

Wyobraźmy sobie, że prowadzimy firmę. Może niektórzy czytelnicy faktycznie postanowili wziąć swój los we własne ręce. Może niektórzy z nich mają comiesięczny ból głowy, bo pieniędzy na haracz dla państwa w postaci obowiązkowego ZUS nie ma. A tu raptem przychodzi kolejna faktura…

Pół biedy, kiedy jesteśmy sobie sterem, żeglarzem i okrętem i każdy świstek, który znajdziemy w skrzynce pocztowej dokładnie wertujemy po kilka razy nawet. Ale nawet w tym przypadku nie znamy wszystkich przepisów i uregulowań, a każda kolejna porada wiadomo kosztuje. A nie musi, jeśli umiemy czytać…

Gorzej, jeśli firma jest większa, a jeszcze gorzej, jeśli bardzo duża. Odpowiedzialność rozproszona, brak przepływu informacji, w końcu poszczególni pracownicy nie muszą całkowicie utożsamiać się z miejscem pracy. I na to cwaniaczki właśnie liczą. Na tym i na umiejętność czytania, a właściwie jej braku.

Pewnego dnia w skrzynce pocztowej znajdujemy pismo. Nie musimy czytać nawet, żeby rozumieć, że sprawa jest poważna, bo na jego końcu zamieszczono blankiet rachunku do zapłacenia. Pismo swoim wyglądem przypomina więc „fakturę”, których do każdego domu miesięcznie dociera kilka, a do firmy kilkanaście, kilkadziesiąt, a nawet kilkaset. Za różne produkty i usługi. A księgowość nie na wszystkim musi się znać i nie o wszystkim musi wiedzieć.

Nie musi na przykład wiedzieć, że sam wpis firmy CEIDG (Centralna Ewidencja i Informacja o Działalności Gospodarczej) jest bezpłatny i prowadzony przez instytucję państwową (Ministerstwo Rozwoju). I cwaniaczki potrafią to wykorzystać.

Dostajemy więc pismo od Centralnej Ewidencji Działalności Gospodarczych i Firm (CEDGiF) zawiadamiające, że jeśli nie wpłacimy 295 zł na konto tej firmy, to nasza nie będzie uwzględniona w ich spisie. Pomysł z gatunku genialnych. Jedyna praca to wyszukiwanie w oficjalnych bazach KRS (Krajowy Rejestr Sądowy) lub CEIDG danych firm i przesyłanie na ich adresy faktur do zapłacenia.

W sumie kto się wczytuje w skróty CEDGiF i CEIDG. Nawet nie na pierwszy rzut oka są prawie identyczne.

Oszustwem nazwać tego nie można, bo firma jest oficjalnie zarejestrowana i prowadzi zgodną z rejestracją działalność. Można to podciągnąć co najwyżej pod naciąganie, ale to też będzie… naciągane. W piśmie bowiem znajduje się jedno słowo, które tego rodzaju zarzut obala. Otóż wspomniana opłata jest FAKULTATYWNA, czyli dobrowolna. Logiczne więc, że jej brak będzie skutkował brakiem wpisu do rejestru.

Genialny pomysł w swojej prostocie. Od razu wpadłem na podobny. A dlaczego nie wymyślić rejestru wszystkich sklepów z podziałem na poszczególne branże? Na przykład Centralnego Rejestru Punktów Handlowych? I powysyłać do wszystkich faktur na kwotę np. 100 zł. Pazerny przecież nie jestem…

Czysty interes, a najważniejsze że legalny. Żadne tam oszustwo. Nic, za co może grozić kara sądowa.

Można tylko liczyć, że wszyscy, którzy dostaną pisma-faktury od Centralnej Ewidencji Działalności Gospodarczych i Firm dokładnie je przeczytają. Jeśli nie zwrócą uwagi ma skrót, to może owo FAKULTATYWNY pobudzi myślenie…

JAROMIŁ WEKA