Goły tyłek gołębia

Pozostałości epoki, która właśnie się kończy wciąż wydają się niektórym jedynym sposobem na życie, jedynym możliwym wyposażeniem człowieka chcącego uchodzić za kulturalnego, politycznie poprawnego, jednym słowem nowoczesnego Europejczyka, co przynajmniej we własnych oczach daje mu poczucie jakiej takiej wartości, o którą trudno gdy spojrzy na siebie z perspektywy większej, niż długość nosa.

Powtarza jak za panią matką, że mądry ustępuje głupiemu i nie daje się przekonać, że właśnie dlatego ten świat tak wygląda.

Wierzy w siłę zwycięstw moralnych, to one dają mu poczucie własnej wyższości nawet wtedy gdy musi je przywoływać leżąc na ziemi wdeptany w błoto butem zwykłego chama.

Ten schemat postępowania tak się przyjął, że mało kto już dziś zwraca uwagę na skuteczność swoich działań, a bardziej na ich estetykę i  przychylne komentarze tej grupy odbiorców, na której mu zależy.

Ostatnie dni przynoszą przykładów aż nadto.

Prezes Kaczyński rozegrał opozycję jak małe dzieci

proponując im spotkanie na temat zakończenia wojny polsko polskiej i choć z góry można było przewidzieć, że skończy się ono niczym, opozycja poszła, jak to się kiedyś mawiało, na lep i na dodatek spora jej część wydaje się być nim zachwycona.

Człowiek, którego należy sprawdzać nawet gdy mówi, że 2×2 = 4, który wielokrotnie dowiódł, że dane słowo nic nie znaczy, że własny cel waży dla niego więcej niż cokolwiek na świecie, złapał polityków amatorów w klatkę bez wyjścia.

Sama propozycja była majstersztykiem manipulacji. Odrzucić ją znaczyło, że jest się „totalną opozycją”, a z niewiadomych powodów wielu uważa to za hańbę.

Przyjąć ją, znaczy – co widać gołym okiem – grać według partytury napisanej przez Kaczyńskiego.

Jak nie patrzeć – prezydent zawsze z tyłu.

Zwiększone zainteresowanie Polską – szczyt NATO i wizyta Franciszka spowodowały, że prezes postanowił zmienić nieco wizerunek swoich rządów rozumiejąc, że będzie to z korzyścią dla niego. Zrobił to w swoim stylu, kłamiąc i oszukując nie wprost, ale za pomocą półsłówek, półhaseł, całych niedomówień i aluzji.

No a małe dzieci dały się na to nabrać. Dlaczego?

Między innymi dlatego, że jak już mówiłem, otwarte i nieustępliwe „nie” wobec tego co prezes zaproponuje byłoby „źle widziane” i ponoć świadczyłoby na niekorzyść ludzi uprawiających zawód polityka.

Ponoć, bo tak naprawdę nikt tego nigdy nie zbadał w wiarygodny sposób. Przyjęło się mówić, że Polacy lubią zgodę, spokój i są w stanie nagrodzić tych, którzy tak prowadzą politykę.

O bzdurności powyższych twierdzeń świadczy fakt dużego wciąż poparcia jakim cieszy się PiS, który  nie widać, by prowadził politykę zgody i spokoju. Wręcz przeciwnie – sposób na rządzenie uprawiany przez tę partię to ciągła wojna, awantury, agresja wobec każdego nie składającego hołdów ich bóstwu.

I jakoś Polakom to się podoba.

Kiedyś za czasów słusznie minionych używało się dwóch określeń na polityków w zależności od ich postawy – jastrzębi i gołębi.

Nie będąc ornitologiem wiem, że czasem gołąb może ocaleć w przypadku ataku jastrzębia, ale nie dlatego, że sam potrafił się obronić, lecz z powodu zewnętrznych okoliczności jakie zaszły w trakcie.

Jastrząb mógł np. przypadkiem zawadzić skrzydłem o jakąś gałąź, np. brzozy, mogło wydarzyć się wiele innych tego rodzaju przypadków.

Mało jednak prawdopodobne, by ocalał odwracając się tyłkiem do atakującego i udając, że ten atak w ogóle nie następuje.

A tak zachowuje się nie tylko spora część społeczeństwa, ale i politycy, działacze społeczni, wszyscy ci, którzy już dawno powinni wszcząć alarm i szykować skuteczne środki obrony.

Skuteczne, to znaczy nie takie, od których jastrzębia zacznie boleć brzuch ze śmiechu, kiedy wyraża się nadzieję, że on się opamięta, cofnie, przeprosi i pogłaska.

Nawet lider KOD, który już kiedyś, nie wiem dlaczego, oświadczał, że nie walczy o odsunięcie PiS od władzy (w takim razie o co walczy – przestaję rozumieć, przecież demokracja i PiS to rzeczy nie dające się pogodzić) ostatnio oświadczył, że wśród jego współpracowników są „jastrzębie” (ciekawe, że użył akurat tego określenia), „ale kiedy ich pytać, to sami nie wiedzą co robić”.

Pozwolę sobie w to nie wierzyć, ale to oczywiście tylko moja opinia, nic więcej.

Istotne jest natomiast pytanie: co robić?

Otóż rzeczą podstawową jest złamać monopol prezesa na zagrywki.

To doświadczony manipulator i zwykle gra w to w co wygrywa.

Tak długo jak cała opozycja, KOD i wszyscy święci będą jedynie reagowali na jego poczynania, on będzie wygrywał. To nie ulega wątpliwości. On rozpoczynając jakąś akcję konstruuje ją w taki sposób, że narzuca warunki i – czego jestem pewien – przewiduje reakcję, a to już właściwie sukces na samym początku.

Widać to choćby po demonstracjach, które już grają na jego korzyść, bo przewidując je narzucił społeczeństwu sposób ich postrzegania, a nawet określenia, poza które nie wychodzi większość komentujących. A więc mamy „oderwanych od koryta” z jednej strony, a „dowód na istnienie demokracji, bo wolno protestować” z drugiej.

I pozamiatane.

Inicjatywa wciąż jest po stronie władzy i tylko bardzo naiwni obywatele mogą jeszcze wierzyć, że ich kulturalne i pokojowe protesty cokolwiek zmienią.

Manewrowanie, że się jest „przeciw, ale…” doprowadzi tylko do umocnienia się ekipy kpiącej w żywe oczy z prawa, w tym praw obywatelskich, co już dziś widać po kilku projektach ustaw.

PiS będąc w opozycji nie miał takich skrupułów i publicznie afirmował wyczyny „Solidurności” z paleniem opon, awanturami ulicznymi, z blokadą sejmu włącznie. Nikt nikogo za łamanie prawa nie pociągnął do odpowiedzialności.

I co? No i Polacy to im oddali władzę. Ci podobno tak lubiący spokój i nagradzający szerzących go Polacy.

Kogoś to czegoś nauczyło? Nie widzę.

Aby cokolwiek z prezesem ugrać trzeba samemu wyjść z inicjatywą.

Tak, by to on musiał się do niej odnieść, odwrotnie niż dotąd.

To akurat oczywiste.

Na razie nie zauważyłem ani jednego ruchu w tę stronę.

Mało tego, poza propozycjami p. Jacka Parola nie słyszałem o żadnym pomyśle tego rodzaju.

A okazji nie brakowało.

100 obywateli zawiadomiło sądy o możliwości popełnienia przestępstwa przez ob. Szydło Beatę, z.d. Kusińską, PiS-owski „odrzut z eksportu” (w 2005 roku starała się o miejsce na listach PO) polegający na odmowie publikacji wyroku TK.

Pytanie: dlaczego 100 a nie 100 000?

Przecież można to było łatwo zorganizować drukując gotowe pozwy i agitując obywateli do ich wypełniania. No, chyba, że ktoś się nie czuł na siłach.

A szkoda, bo w wypadku masowych zawiadomień ciekawa byłaby reakcja sądów będących póki co poza strefą wpływów prezesa.

Nepotyzm uprawiany przez PiS w sposób oczywisty zagraża funkcjonowaniu coraz większej ilości spółek Skarbu Państwa poprzez zatrudnianie na stanowiskach kierowniczych ludzi bez jakichkolwiek kompetencji.

Myślę, że przeciętny prawnik znalazłby parę paragrafów, pod które takie poczynania podpadają.

Ktoś… coś…?  Nie.

Niezależnie od losów takich pozwów byłoby to wyzwanie, które prezes musiałby skomentować, a to już jest odwrócenie dotychczasowej sytuacji, że to on narzuca tematy do rozmowy. Dobre i to na początek.

Panowie Łoziński i Rachtan zaczęli tworzyć archiwum PiS-owskich łajdactw, ale wciąż jest ono trudno dostępny dla ogółu internautów. Jeśli się chce trafić do ludzi nie można czekać, aż sami znajdą, trzeba podać na tacy i to jaskrawo pomalowanej.

Strona internetowa antyPiSowska, konieczna na wczoraj, miałaby specjalny dział mieszczący ten rejestr.

Miałaby też jako jeden z głównych działów miejsce na satyrę, zawsze w takich wypadkach konieczną, a w tym bardzo potrzebną ponieważ rządząca ekipa od dawna pokazuje, że jest na tym tle wrażliwa i jeśli chodzi o poczucie humoru to jej podbrzusze jest wyjątkowo miękkie.

Ludzi uprawiających satyrę jest całkiem sporo, niechby podrażnili wybujałe ego prezesowych akolitów. To działa w każdych warunkach no i jest to też rodzaj „wyjścia” w tej grze.

Demonstracje. Pewnie, że nie namawiam nikogo do „aktywniejszego” uczestnictwa, nie dlatego, bym oszczędzał ludzi plugawiących sort do jakiego się zaliczam, ale dlatego, że nie wolno namawiać nikogo do czegoś w czym się samemu nie uczestniczy.

W demonstracjach KOD nie uczestniczę, bo mam wstręt do podróży, a liderom ruchu moje miasto wydało się zbyt małe, by w nim cokolwiek organizować.

Natomiast myślę, że zamiast organizować w jednym terminie demonstracje w różnych miastach pod tym samym hasłem, dobrze byłoby zorganizować kilkadziesiąt mniejszych z hasłami lokalnymi, co trochę zdezorganizuje plan reakcji prezesa, bo jednocześnie będzie miał kilka/kilkanaście tematów do odniesienia się.

W każdym mieście w Polsce da się wypracować hasło

– temat całkiem miejscowy, za którym opowiedzą się ludzie. W takim wypadku trudniej będzie reagować wyświechtanym „oderwani od koryta”, bo sprawa będzie lokalna, na której zależy miejscowym.

A jeśli do tego będzie się to odbywało nie w jeden umówiony dzień, ale w różne i stosunkowo często, przeciwnik nie będzie miał chwili spokoju.

To w naszej przecież historii nieraz słabsze liczebnie wojska zamęczały przeciwnika nieustannymi manewrami. Tak działali słynni ongiś zagończycy. To nie nowość, a rzecz wypróbowana w praktyce.

Zbieranie podpisów pod referendum w sprawie skrócenia kadencji sejmu może nie znaleźć wsparcia u wiecznie różniących się autorytetów prawniczych, ale spowoduje, że sam temat będzie wybrzmiewał w przestrzeni publicznej i może zaowocować w przyszłości.

I tak można długo.  Powtórzę – najważniejsze to wyjść z inicjatywą, nie zaś jedynie czekać co znowu prezes schrzani w naszym kraju i przeciw temu protestować.

Po drugie –  pozbyć się w tej wojnie balastu szkodliwej elegancji, która śmieszy chama i pozwala mu lekceważyć politycznego przeciwnika, jako niegroźnego gawędziarza.

Cytując śp. klasyka – „Wersalu to tu już nie będzie”.

Ale potańczyć można.

JERZY ŁUKASZEWSKI

Studio Opinii