Gdybym chciał wygrać wybory…

… oczywiście parlamentarne, to mam na to receptę. Do zastosowania z pewnym umiarem, jednak. Efekt gwarantowany, inwestycje – żadne.

Co trzeba zrobić? Niewiele, a nawet bardzo niewiele. Choć jest jeden warunek: musi się pojawić (objawić) charyzmatyczny przywódca. Wiem, to wielka trudność, choć nie niemożliwa. Zatem załóżmy, że jest ten przywódca, mający poparcie tłumów. I oto on rzecze:

Polskę trawi ogień niemożności (albo głupoty) w wielu dziedzinach. Ale najważniejsze z nich to (tu pełna dowolność):

– służba zdrowia

– edukacja

– system emerytalny

– energetyka

Każdy rząd miał w tych dziedzinach swoje rozwiązania. Kolejny – wyrzucał je do kosza. Ale zastanówmy się: a może każdy z ministrów miał jednak trochę racji?

Jeżeli tak, to my (jako jakaś tam partia) obiecujemy, i to jest nasza jedyna deklaracja wyborcza, że po wygranych wyborach wszystkie liczące się partie (załóżmy powyżej progu 3 proc.) zaprosimy do wspólnych obrad. Naszą ideą jest stworzenie takich programów, które będą realizowane przez 20-30 lat, bez względu na wyniki wyborów.

Takie małe „okrągłe stoły” – polityków, uczonych, specjalistów.

Założenie jest proste: kto myśli pozytywnie o przyszłości Polski nie może odrzucić takiego zaproszenia.

Taki to pomysł, wariantów jego rozegrania jest wiele, zostawiam to politykom. Piszę „politykom” bo wiem, że ci z PiSu: raz – niegodni są tej nazwy, dwa – zbyt się boją oddania władzy, aby przyjęli ten pomysł za swój.

I szybko będzie jasne: które ugrupowanie myśli o Polsce perspektywicznie a które tylko w kategoriach wygrania wyborów (syndrom „Misiewiczów”).

MIKOŁAJ MORUS