Wielki sukces rządu PiS!

W ciągu zaledwie miesiąca udało się to, czego żadna szkoła nie potrafiła. A może i potrafiła, ale uczniowie byli oporni. Świadczą o tym choćby wyniki matur z matematyki z ostatnich kilku lat. A tu raptem szok; zaledwie niecałe 30 dni i już liczyć Polacy umieją.

To samo z czytaniem. Kilka tygodni temu nieśmiało (bo i chwalić się nie ma czym) poinformowano, że w minionym roku 63% Polaków nie przeczytało żadnej książki.

To znacznie więcej niż wzięło udział w ostatnich wyborach parlamentarnych. Może to właśnie tajemnica niskich frekwencji: jak się nie czyta, to umiejętność ta zanika, skoro zanika, to nie przeczytamy, kogo skreślamy.

Skoro nie czytamy, to nie rozumiemy, skoro nie czytamy to i mówić nie umiemy. I pewnie stąd dominującymi słowami na naszych ulicach są te na „k”, „ch” i jeszcze częściej na „p”.

A skoro czytać nie umiemy, to i z pisaniem może być problem. Przekonałem się o tym w ostatnie święta, kiedy od przyjaciela dostałem SMS (ta forma „komunikacji” prawie całkowicie zastępuje już pisanie listów, a nawet rozmowę telefoniczną) o treści: Ratujmy się! Jezus Zmartwychwstał! A należy on (przyjaciel, nie SMS) do tych, którzy z Bożym Imieniem przez życie podążają. Widać to nie wystarcza do zapamiętania różnicy między „t” a „d”…

A tu raptem okazuje się, że nie jest wcale tak źle. Szybko Polacy przeliczyli i wnioski wyciągnęli, co zrobić, aby na 500 zł za dziecko nawet jedno się załapać.

Jedni negocjują z pracodawcami warunki zatrudnienia. Są w stanie przyjąć nawet więcej obowiązków, aby tylko… mniej zarabiać. Tzn. mniej oficjalnie, na papierze. Bo przecież zysk to dla obu stron. Szefowi w kasie zostanie więcej, a pracownik może załapać się na państwową pomoc. Różnica w zarobkach może być pod stołem; zysk i tak będzie.

Inni zaczynają kombinować inaczej. O kolejnym dziecku nie myślą, ale kasa się przyda. Skoro więc warto rozwieść się tylko po to, aby dziecko do przedszkola państwowego się załapało, to pięćsetką też można nie pogardzić. Potem tylko na odpowiednią średnią trzeba będzie się załapać. Ale to już wiadomo, jak.

Inni również przypomnieli sobie, że „500” to jednak więcej niż „0”. A jeszcze bardziej „1000”, czy „1500”. Przy tej okazji przypomnieli sobie również, że ich dawno niewidziane dzieci, gdzieś się po świecie tułają. A oni są przecież ich „rodzicami”, więc proszą o ich oddanie. Tak to matematyka może wpływać na łącznie rodzin.

Może również wpływać na szybkie rozwiązanie problemu z alimentami. Skoro znalazł się już sąd, który wlicza do przychodu dziecka osławione 500 złotych (bo nie jest akurat dziwne), to logicznym jest, że żądanie podwyższenia alimentów powinno uwzględniać również i tę kwotę. Raptem więc matka na dziecko ma nie bp. 700 zł (bo tak wyszło w wyliczenia jej dochodu), a 1200. Bo nie może tej państwowej nagrody za posiadanie dziecka podzielić na dwa, a jedynie dopisać do kwoty na utrzymanie dziecka.

Spytałem się kilkunastu znajomych w wieku jak najbardziej rozrodczym i wnioski są takie: decyzja o dziecku (lub kolejnym) absolutnie nie jest uzależniona od państwowej „łapówki”, czy też nagrody za urodzenie. Zdarzały się również odpowiedzi na zasadzie: ona chce nawet i trzecie, ale on o tym nie chce słyszeć, albo: Chciałabym mieć dziecko, ale przecież nie zamieszkam z nim u rodziców, bo tam już jest nas siedmioro (z mężem) na 50 metrach.

A co z czytaniem? I pisaniem przy okazji? W tym przypadku sukces był połowiczny. Ledwo serwery ruszyły, ledwo biura otworzyli i naród szturmem niemal zajął pozycję przy kilkunastostronicowych wnioskach. Do tego stopnia,, że władzę nawet zaskoczył. A wydawało się, że coś takiego nie jest już możliwe.

Cieszyła się pani główna informatyk Polski, że zaskakująco dużo ludzi wnioski o 500 zł w sieci wypełnia. Ja też się cieszyłem. Znaczy się, że czytać jednak Polacy umieją. Ale kiedy obejrzałem te wnioski, mina mi zrzedła. Tego wcale czytać nawet nie trzeba, a do wypełnienia (jakby zebrać w jedno miejsce, to raptem ze dwie kartki wyjdą. Reszta to jakiś urzędniczy bełkot.

Ale okazuje się, że owo niewiele to i tak za dużo. Prawie połowa wypełniona jest błędnie. No bo jak wytłumaczyć ludziom, że podpisuje się je nie na ekranie…

Z pisaniem też wcale nie lepiej. Od razu przyszło mi na myśl, że łatwiej jest odpowiednią literkę na klawiaturze znaleźć (nawet z pomocą męża czy żony) i stuknąć. Jak będzie źle, to zawsze skasować można. A na papierze nie za bardzo, trzeba wypełniać od nowa.

Poza tym widziałem w najbardziej obiektywnej teraz telewizji państwowej, jak klientce jakiejś urzędu, pani palcem pokazywała, gdzie ma krzyżyk postawić. Przepraszam, coś tam napisać.

Jednak mimo wszystko serce się raduje (nie ratuje), że udało się taką armię czytatych i pisatych w Polsce uzbierać.

Wielki więc sukces odtrąbić trzeba! Obawiam się, że nie ostatni…

MARCIN KOZŁOWSKI