Polskie obozy koncentracyjne…

A ileż to, na szczęście nie krwi, przelewają Polacy potu, aby udowodnić światu, że to wcale nie oni te obozy budowali i nimi zarządzali, że były one niemieckie, faszystowskie, że Polacy nie mieli nic wspólnego z tą formą planowanego ludobójstwa podczas ostatniej wojny światowej.

Specjalne komórki różnych instytucji wychwytują każdą wzmiankę o tym kłamstwie, piętnują, żądają sprostowań i przeprosin. Ta mozolna praca nie przynosi jednak spodziewanych efektów, choć czasem zadowalamy się przeprosinami i „posypywaniem głów popiołem”. Ale w sumie nie ma się co dziwić.

Nie ma się co dziwić tego rodzaju uproszczeniu, że były to „polskie obozy koncentracyjne”. Były one bowiem w takim samym stopniu „polskie”, jak obecnie „polskimi” są zakłady w Mielcu i Świdniku.

MON ostrzega naród...

MON ostrzega naród…

Ile to razy z ust polskich polityków, najwyższej rangi słyszeliśmy, że helikoptery powinny być budowane w polskich zakładach w Świdniku i Mielcu? Za każdym razem, kiedy wraca temat wyposażenia polskiego wojska w odpowiedniej klasy sprzęt transportowo-bojowy. Nie będzie Francuz pluł nam w twarz, czyli nie będzie budował nam helikopterów – można by sparafrazować – skoro mamy nasze polskie zakłady.

Takie są one „polskie”, jak były „polskie obozy koncentracyjne”. Oczywiście możemy tłumaczyć tego rodzaju wypowiedzi pewnym uproszczeniem: polskie zakłady, bo na naszej ziemi i pracują w nich polscy pracownicy.

Ale przecież „polskie obozy śmierci” stały również na polskiej ziemi i często „zatrudniani” w nich byli polscy „pracownicy”. W jednym jednak przypadku na kłamstwo reagujemy ogromnym oburzeniem, w innym publika bije brawo. A Amerykanie, Włosi oraz Anglicy, kto których faktycznie Mielec i Świdnik należą, zacierają ręce z radości.

Polityk powinien ważyć każde wypowiadane słowo. Nawet nad każdym kłamstwem, które chce zakomunikować, choćby w dobrej wierze, powinien się zastanowić. Inaczej do głosu może dojść zwykła logika. Bo skoro mamy do czynienia z nie-polskimi „polskimi zakładami w Mielcu i Świdniku” to tak samo może to dotyczyć nie-polskich „polskich obozów koncentracyjnych”.

I jeszcze jeden przykład tym razem już kuriozalny. Czasowo pełniąca obowiązki rzeczniczka MON wydała w imieniu swego pracodawcy komunikat, w którym przestrzega opinię naukową i opinię publiczną przed dezinformującymi konsekwencjami propagowanych takich działań. Rozumie to ktoś? Jak można przestrzegać „opinię naukową”?! Albo „opinię publiczną”?! Naród cały?!

Chodzi o dyskusję zorganizowaną przez Collegium Civitas, w której wzięli udział byli funkcjonariusze podejrzani o współpracę ze służbami wrogimi Polsce i NATO. Chodzi o byłych funkcjonariuszy odpowiedzialnych za katastrofalny stan polskiego bezpieczeństwa, tolerowanie środowisk mafijnych wyrosłych ze Służby Bezpieczeństwa, inwigilację niepodległościowych partii politycznych, a nawet przestępczą działalność na rzecz wrogich służb.

O kogo chodzi, to już trzeba samemu sprawdzić, ale nie o to chodzi. Ważniejsze jest, że – o ile pamiętam – żadnej z tych osób nie postawiono konkretnych zarzutów. Ale przecież podejrzewać można każdego.

Problem tylko w tym, że każdy obywatel, a tym bardziej urzędnik państwowy, jeśli ma tego rodzaju wiedzę (a nawet, jak w tym przypadku, tylko podejrzenia) MUSI zawiadomić o nich odpowiednie organa. Inaczej sam może podlegać karze. Tym bardziej urzędnik państwowy.

Wśród wojskowych, tak uwielbianych przez naszych polityków (zaraz po księżach), znane jest określenie friendly fire (bratobójczy ogień). Tym razem politycy sprowadzają go sami na siebie. A powinni pamiętać również, że czasem Bóg kule nosi

JERZY WĄTEKA