Zadowolonym „frankowiczem” jestem

Nie żebym nie odczuwał znacznego osłabienia złotego wobec franka (lub jak kto woli: wzmocnienia franka wobec złotego). Mam do spłaty jeszcze ponad rok z 15 lat. Ale nigdy nie płakałem i nadal płakać nie będę, że wybrałem taką formę finansowania kupna wymarzonego mieszkania.

swiss francsOd dwóch lat nie pracuję. Nie, bo niechęcę, czy nie, bo już dość w życiu zarobiłem. Rynek mnie po prostu nie chce. Słyszę: „Za stary” lub „Za wysokie kwalifikacje”. To pierwsze jeszcze rozumiem. Drugiego w ogóle. Możecie sobie tylko wyobrazić, jaką mam opinię o tych firmach… Na dodatek dwójka dzieci- studentów.

Utrzymujemy się właściwie z pensji żony i socjalnego dzieciaków. I oczywiście czasem coś tam wpadnie na chwilę. Nie jest więc lekko. Ale do rzeczy…

Biorąc kredyt we frankach podjąłem ŚWIADOMĄ decyzję. Przeważyła matematyka, a nie małe literki podobno wpisane gdzieś na końcu tekstu. Z prostego liczenia wynikało, że kredyt frankowy, będzie mnie kosztował o wiele mniej niż złotówkowy. Ryzyko wahań kursu było wkalkulowane, ale coś za coś.

W zeszłym roku spotkałem koleżankę. Straciła pracę, ale cieszyła się, że do spłaty kredytu zostały jej tylko dwie raty, czyli dwa miesiące. Też wzięła go na 15 lat, ale w odróżnieniu ode mnie, w złotówkach i opiewał na prawie identyczną kwotę pożyczki. Mała stałe raty i co miesiąc oddawała bankowi ponad 1600 zł. Na dodatek polskiemu… Ja też brałem w polskim (z nazwy), teraz też spłacam w polskim (z nazwy).

Tyle – 1600 zł –  to ja płaciłem po „wielkim skoku” franka w zeszłym roku. Na początku było ok. 1200, czasem mniej, czasem więcej. Ale pułap koleżanki osiągnąłem po 13 latach spłaty!

Usiadłem nawet i spróbowałem wyliczyć, ile zaoszczędziłem. Rok po roku. W jednym było to prawie 5 tys., w drugim mniej niż 4 tys. W kolejnych stopniowo, powolutku coraz mniej. W sumie uzbierało się prawie 40 tys.!

No tak, ale to tzw. stary kredy, już u schyłku spłacania – może ktoś powiedzieć. A co mają zrobić ci, którym do spłaty pozostało jeszcze lat kilkanaście, a na znaczny spadek kursu franka liczyć nie można?

Wyjść jest parę. Ja na przykład poszedłem do swojego i grzecznie porozmawiałem. Po wyliczeniach okazało się, że każda zmiana to oczywiście zwiększenie globalnej kwoty spłaty przy wydłużeniu jej okresu. Wolę mieć ten problem z głowy jak najszybciej i zostało jak jest.

Jednak ostatnimi z tych wyjść są wydumane oskarżanie banków o oszustwa oraz próby wymuszania na władzy administracyjnych decyzji w odniesieniu do banków.

Instytucje te powstały, aby zarabiać pieniądze. Tak to sobie ktoś kiedyś wymyślił. Banki gromadzą fundusze i nimi zarządzają (choćby poprzez kredyty) i w ten sposób zarabiają.

Tak było od wieków i przez kilka następnych prawdopodobnie się to nie zmieni. To taka inna forma, trochę bardzo ucywilizowana, lichwy. Ale dzięki niej ludzie mogą kupować nie tylko mieszkania, a gospodarka się rozwijać.

Podejrzewam, że tzw. frankowiczów z kalkulatorami w rękach było znacznie więcej. Inaczej skąd wzięłaby się ich tak duża liczba. Frank „rąbnął”, ale przecież były wybory, a w wyborach kandydaci przecież mogą obiecać wszystko, nie tylko „gruszki na wierzbach”. Więc rozdmuchali nadzieje, że będzie łatwiej. Nie będzie. Nie chcą tylko tego powiedzieć głośno.

Zamiast więc czekać na bardzo odległą w czasie decyzję kilku polityków (jeśli w ogóle do niej dojdzie), trzeba zacząć działać samemu. I samemu szukać najlepszego dla siebie rozwiązania.

Obecna oferta kredytów hipotecznych w złotówkach (przy zbliżonych warunkach do moich lat temu 13) zaczyna się od oprocentowania przekraczającego 3% do prawie 5,5%. Kiedy ja brałem kredyt było to w granicach 7%. Ja zaczynałem we frankach od 2,4, a teraz mam oprocentowanie 0,78%. Tę różnicę pokrywa właśnie ryzyko wahań kursowych.

Do kogo mam mieć pretensję, kiedy kupiłem książkę za 53 zł, a dwa dni później znalazłem w Internecie ofertę na taką samą za 36 zł, w dodatku z wysyłką? Mam iść do księgarni zrobić awanturę, bo czuję się oszukany? A może skrzyknąć podobnie „poszkodowanych” i zażądać od władz ustanowienia urzędowych cen na książki? A może zakazać handlu nimi w Internecie?

Kredyt hipoteczny we frankach był takim samym towarem na rynku…

GRZEGORZ JASIUK