Pili i bili, bo mieli dość Macierewicza

Jakaś niezrozumiała cisza zapadła wokół sprawy trzech wysokich oficerów Wojska Polskiego, którzy awanturowali się w giżyckiej restauracji hotelowej i pobili interweniujących policjantów. Zostali usunięci z jednostki i przeniesieni do rezerwy kadrowej.

Pułkownik, podpułkownik i major zalewali smutki pokaźną ilością alkoholu. Jak udało nam się usłyszeć od naocznego świadka, panowie oficerowie w miarę wypijanych kieliszków wódki zachowywali się coraz głośniej. Coraz bardziej słyszalne były niezbyt przyjemne epitety wypowiadane pod adresem ich przełożonego, ministra Macierewicza.

Z czasem, nieźle już wstawieni wojacy, zatracili się w wykrzykiwaniu wulgaryzmów i całych ich wiązanek opisujących oraz oceniających dokonania ministra w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Dostało mu się i za Misiewicza, i za apel smoleński, i za chodzenie na smyczy Amerykanów i NATO, za niepotrzebne prowokowanie Rosji i za totalną nieznajomość nastrojów w wojsku.

pili0Panowie stawali się też coraz bardziej agresywni również w czynach. Obsługa do tej pory właściwie nie reagowała, a klienci bądź już dawno salę opuścili, a nowi, widząc co się dzieje, długo w niej miejsca nie zagrzali. Ale kiedy żołnierze zaczęli dla wzmocnienia argumentów słownych tłuc zastawę i wyżywać się na restauracyjnych meblach, postanowiono wezwać policję.

Nie trzeba mieszkać w Giżycku, żeby wiedzieć, że panowie w zielonych i niebieskich mundurach za sobą nie przepadają. Stali mieszkańcy tego właściwie wojskowego miasta tym bardziej. Od żołnierzy jest żandarmeria, zwłaszcza pijanych żołnierzy. I nie chodzi tu o prawo, ale o zwyczaj, dodajmy wieloletni.

Wezwani funkcjonariusze być może nie rozpoznali oficerów, być może nie zostali uprzedzeni, że mają do czynienia z wojskowymi, ale w to wątpię. Ponieważ jednak trafili na pijanych, być może pojawiła się u nich myśl, że jest to okazja do wyrównania starych rachunków.

Na pobudzonych już aż nadto żołnierzy policjanci stali się prawdziwym celem. Jak opowiedział nam naoczny świadek, funkcjonariusze dostali niezły łomot za swojego szefa, „tego palanta”, „sługusa Kaczora”, „przyjaciela Macierewicza”. Po prostu zjawili się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie.

I to za obronę czci szefa spotkał się z pobitymi jego bezpośredni podwładny, wiceminister Zieliński.

Wojsku zależy na wyciszeniu całej sprawy. I nie tylko dlatego, że jeden z oficerów jest synem znanego i zasłużonego generała. Szefostwo MON zdaje sobie sprawę z niezbyt – delikatnie mówiąc – dobrych notowań wśród wielu wysokiej rangi oficerów. Nie ma mowy oczywiście o jakimkolwiek buncie, ale ferment jest i to spory.

I dlatego wojsko zastosowało dość dziwną procedurę. Oficerowie zostali usunięci z macierzystej jednostki i… przeniesieni do rezerwy kadrowej. Nie zostali wydaleni z wojska, jak donosiło wiele mediów. Już choćby ten krok jest właściwie złamaniem prawa. Art. 20 Ustawy o służbie wojskowej żołnierzy zawodowych (11 września 2003 r.) precyzującym w jakich sytuacjach przeniesienie do rezerwy kadrowej może nastąpić: jeśli przewiduje się wyznaczenie żołnierza na inne stanowisko służbowe i w związku z podjęciem przez niego pracy poza granicami państwa. A przeniesienia tego może dokonać jedynie minister obrony narodowej (w przypadkach szczególnych) lub dyrektor departamentu MON właściwego do spraw kadrowych. Informacja o tym przypadku na stronach internetowych MON nie ma.

Trzech oficerów czeka jeszcze sprawa sądowa. Zagrożeni są kilkuletnimi wyrokami za pobicie funkcjonariuszy i cywili. Ale skoro rozpoczęto już ukręcanie łba całej sprawie…

Wszystko dla dobra imienia ministra, bo podczas rozprawy na jaw musiałyby wyjść prawdziwe przyczyny frustracji wojskowych.

KAROL KADŁUBEK