W oczekiwaniu na namaszczenie

Od prawie tygodnia prezenterzy programu informacyjnego Telewizji Narodowej rozmawiając z politykami przewodniej siły narodu zadają codziennie to samo pytanie: kto odejdzie z rządu? Recytują je niczym mantrę, przepraszam, pacierz. I wciąż nie uzyskują odpowiedzi.

Właśnie, interesuje ich, kto odejdzie, a nie kto nastąpi. Przekaz jak najbardziej negatywny. Bo w odbiorze społecznym „odchodzi” będzie oznaczało, że jest za słaby, aby realizować linię naświetloną przez I sekretarza partii rządzącej.

Odpowiedzi na te pytania mogą paść nawet dzisiaj. Nawet lada chwila. Od ostatniego plenum partii rządzącej minęło już trochę czasu. I sekretarz wydał polecenia i trwa żonglerka personaliami. Dziadek opowiadał mi, że dawniej była to normalka. Z jednym wyjątkiem. Plenum partii rządzącej się odbywało i zapadały decyzje. A media o tym po prostu informowały. I naród był szczęśliwy, bo słyszał, że teraz będzie już lepiej, że ministrowie będą realizowali nowe zadania. Oczywiście zgodnie z linią polityki partii przewodniej.

namaszczenie0Zapowiedziana zmiana na kilku stołkach ministerialnych to stary wybieg stosowany przez prawie wszystkie partie rządzące we wszystkich krajach. Zwłaszcza tych, które już nie istnieją. Znaczy się istnieją, ale w innych systemach. Systemy się zmieniły, ale metody rządzenia pozostają cały czas te same. Narodowi co jakiś czas trzeba rzucać kogoś „na pożarcie”. Na zasadzie: było dobrze, a teraz będzie jeszcze lepiej…

Plenum odbyło się, jak nakazuje tradycja sprzed lat, za zamkniętymi drzwiami. I jak pewnie pamiętają rówieśnicy mojego dziadka, naród otrzymywał wtedy tylko suche komunikaty. Te części tajne, nie dla narodu, a jedynie dla uczestników plenów, były jedynie w stenogramach, które światło dzienne miały ujrzeć po iluś tam dziesiątek lat.

Teraz media i naród oczekują na decyzje, które ogłosi pani premier. Podkreślam: ogłosi. Można się tylko domyślać, jak nerwowa musi być atmosfera w siedzibie I sekretarza partii rządzącej oraz wśród tych, którzy ewentualnie są do „ścięcia” i tych do wyniesienia na stołki. I sekretarz ma prawo być poirytowany, gdyż szukanie ewentualnych następców trwa trochę długo.

A przecież partia rządząca dysponuje znakomitym zapleczem kadrowym, janczarami wyszkolonymi przez ostatnie z górą 10 lat do pełnienia zaszczytnych funkcji partyjnych i państwowych, którzy szkolili się u boku starych partyjnych towarzyszy. Nie mówiąc o tych, którzy są szczególnie predysponowani do przejmowania odpowiedzialnych stanowisk w gospodarce narodowej.

Nie tak znowu są przecież odległe czasy, kiedy niczym nieuzasadniona wiara we własne umiejętności oraz lizodupstwo, niejeden sektor przemysłu doprowadziła do ruiny. Teraz jest na szczęście inaczej. Teraz nikt żadnych hymnów pochwalnych na cześć I sekretarza na szczęście nie wygłasza, ani pieśni i poematów i nim nie pisze.

Nie będę nawet próbował zgadywać, którzy ministrowie w opinii I sekretarza partii rządzącej przez ostatnich 10 miesięcy spisali się na „5”, a którzy zaledwie na „4”. Innych ocen przecież być nie może. Ten jeden skompromitowany kontaktami ze środowiskami jak najbardziej niepożądanymi już wyleciał. Ale była to tylko jedna „czarna owca” w stadzie nawiedzonych, partyjnych baranków.

Bo jak ocenić rewolucję w systemie oświaty, o której wiadomo tyle co nic, ale która za to w nowym kształcie będzie tym, co z takim sentymentem wspominają jej pomysłodawcy. Różnic nawet zbyt wielkich nie będzie. Dzieci nadal będą uczyły się tabliczki mnożenia w zakresie do „100” przez pierwsze cztery klasy szkoły podstawowej, aby do ósmej opanować je w zakresie wystarczającym do spełniania zadań stawianych przed młodzieżą polską przez partię rządzącą.

Program Rodzina 500+ właściwie wymyka się spod jakiejkolwiek oceny; skali dla niego nie ma. Ani w dół, ani w górę. 6 tys. zł rocznie dodatkowo na wychowanie kolejnego dziecka, na smatfony dla niego i edukację, aby potem kraj ten szczodry opuściło.

Nie zazdroszczę pani premier. Zapowiadana przez nią zmiana na nawet kilku ministerialnych stołkach będzie nomen omen, zgodnie z osobistymi preferencjami kulturowymi oficjalnie głoszonymi codziennie przez członków partii rządzącej, „krzyżykiem na drogę” dla tych odwołanych. Oczywiście nie dosłownym, bo partia nie da im odejść w zupełne zapomnienie. Tzn. będą gdzieś tam w cieniu pracować dla jej chwały i potęgi.

Szkoda tylko, że I sekretarz partii rządzącej tak rzadko zwołuje plena i tak rzadko motywuje do jeszcze bardziej wytężonej pracy swoich partyjnych towarzyszy…

JANUSZ KOLENDA