Minister Skarbu Państwa musiał odejść, bo podpadł i to strasznie

Nie brakuje głosów, że usunięcie ministra Skarbu Państwa na trzy miesiące przed likwidacją jego resortu, jest co najmniej dziwne, żeby nie powiedzieć niezrozumiałe. Kiedy jednak poznajemy prawdziwe kulisy jego odejścia, tego zdziwienia już nie będzie.

Tylko ważna przyczyna mogła zmienić autora całego programu likwidacji ministerstwa na kogoś nowego, kto teraz będzie musiał się tego programu uczyć od nowa. I nie jest również prawdą, że Dawid Jackiewicz obsadzał spółki Skarbu Państwa wyłącznie swoimi ludźmi. Kulisy jego odejścia mogą przywodzić na myśl sceny z niezłego thrillera politycznego.

Wszystko zaczęło się w Krynicy. Radość Prezesa Tysiąclecia, dla którego kolejny pobyt na Forum Ekonomicznym miał być wielkim sukcesem, trwała bardzo krótko. Żeby nie powiedzieć, że zaledwie tyle, ile jego występ podczas rozmowy z premierem Węgier. Albo nawet i to nie. Nie wiadomo bowiem, kiedy dotarła do niego wiadomość, która szefem PiS wstrząsnęła i to dosłownie.

minister1W Krynicy wtedy jeszcze minister Jackiewicz był widziany, i to wielokrotnie, z Adamem Hofmanem. Pamiętacie? To ten gościu od brania od Sejmu pieniędzy za przejazd służbowy samochodem, a potem latający z kumplami i żonami tanimi liniami lotniczymi. Swego czasu był rzecznikiem PiS. Potem z hukiem usunięty z partii. Od pewnego czasu zajmuje się działalnością lobbingową.

Prezesa Tysiąclecia wyprowadziło z równowagi to, że osoba, którą wskazał na fotel ministra Skarbu Państwa jest w tak bliskich relacjach ze „zdrajcą”. Plotki słyszał od dawna, ale nie traktował ich poważnie. Ale szala goryczy, wstrętu wręcz w końcu się przelała. Tym bardziej, że Adam Hoffman wykorzystuje swoje stare polityczno-sejmowe znajomości i przyjaźnie i nie przebiera w klientach. Jest nim m.in. Sławomir Nowak, który zasłynął jako kolekcjoner drogich zegarków.

Niemal równolegle z wyrzuceniem ministra Skarbu Państwa, służby dostały polecenie przyjrzenia się największym polskim spółkom: PKN Orlen, Lotosowi, Azotom, KGHM i Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Żeby było śmieszniej kontrola ta ma obejmować prawie wyłącznie umowy podpisywane na usługi z zakresu PR, marketingu, promocji i reklamy. Czyli te, które mogą być bardzo kosztowne i najprościej je uzasadnić. Nie trzeba również dodawać, że najczęściej trafiają one do znajomych lub firm ze znajomymi powiązanych.

Swoją drogą radziłby służbom przyjrzeć się dokładnie działalności firmy pana Hofmana. Zwłaszcza źródeł uzyskiwania przychodu. Może okazać się, że współpracuje ona (zdaje się jednoosobowo) z dziesiątkami firm, które mają podpisane umowy na powyższe usługi ze spółkami do niedawna jeszcze pod nadzorem ministra Jackiewicza.

Zupełnie czym innym jest obsadzanie spółek Skarbu Państwa swoimi ludźmi, często zupełnie do tego nieprzygotowanymi, a czym innym jest czerpanie ze znajomości i kontaktów korzyści finansowych. To pierwsze jest charakterystyczne dla wszystkich opcji politycznych nie tylko w Polsce. Bo komu powierzać resorty, duże firmy, jak nie ludziom, do których ma się zaufanie. Nie może być inaczej, skoro likwiduje się konkursy, a tzw. łowcy głów nie mają do tych stanowisk dostępu. Skoro trzeba mieć pulę marchewek do nagradzania za posłuszeństwo i wierność. I, w końcu, trzeba spłacać stare zobowiązania.

Z drugiej strony, kiedy uda się już wsadzić swojego człowieka na wysokie stanowisko z pominięciem najważniejszego decydenta, to hulaj dusza. Z wdzięczności będzie on dawał zlecenia wskazanym firmom, a te z wdzięczności będą się patronowi odwdzięczały i to nie tylko miłym uśmiechem. Stawki za załatwienie zlecenia, kontraktu, umowy są ogólnie znane. Czym więcej takich ludzi, tym więcej firm do zleceń i tym większa prowizja. Machina raz wprawiona w ruch jedynie pomnaża majątek i to raczej nie Skarbu Państwa. Chyba, że w postaci podatków, ale i na nie są przecież metody.

Nie o nepotyzm w „misiowej” aferze chodzi, ale o kasę. I może wszystko dalej toczyłoby się swoją drogą i nikt by się tym nie interesował, gdyby nie wybujałe ego pana Adama Hofmana, który zbyt ostentacyjnie pokazywał się się ze swoim kumplem, byłym już ministrem Skarbu Państwa. A Prezes Tysiąclecia takich numerów nie lubi. Zwłaszcza w wykonaniu ludzi, których nie lubi.

JANUSZ KOLENDA