Szmaciarze górą

Relacja o wejściu polskiej drużyny ligowej piłki nożnej do grupowej rundy Ligi Mistrzów zajęła więcej miejsca w wydaniu programu informacyjnego niż wszystkie razem wzięte informacje o sukcesach naszych zawodników na Igrzyskach Olimpijskich w Rio. Z pewnością będzie to dla nich i ich następców „motywacja” na przyszłość do jeszcze większego wysiłku.

Budowano Stadion Narodowy pod jedną imprezę, piłkarską. Nikt nie pomyślał wtedy o stworzeniu areny dla wielu dyscyplin. Żeby teraz przeprowadzić jakiekolwiek inne zawody, trzeba murawę przebudowywać. Oczywiście nie za darmo. A więc koszty utrzymania warszawskiej dumy są bardzo wysokie. A wystarczyło bieżnie odrestaurować…

Z wyników z Rio możemy być dumni. Patrzę na to jednak trochę inaczej. Dumni to my powinniśmy być z tych zawodników, którzy ćwiczą w medialnej, a tym samym i społecznej, ciszy. I mimo wszystko odnoszą sukcesy godne pozazdroszczenia.

szmaciarze1Zamiast oglądać, czy czytać, relacje z rodzinnego miasteczka średniej klasy piłkarza wracającego bez sukcesu z Mistrzostw Europy, wolałbym zobaczyć podobną imprezę na cześć np. z powitania złotych wioślarek. Nie tylko obrazki z lotniska. Ale potem następuje cisza. Kompletna cisza.

Ciekawe, ilu przeciętnych kibiców pamięta dzisiaj nazwiska naszych medalistek w pięcioboju nowoczesnym lub zapasach. Media poświęciły im kilka minut. Ale nazwiskami przeciętniaków piłkarskich jesteśmy bombardowani na okrągło. Jak w takiej atmosferze młodzież ma decydować się na uprawianie sportu na poziomie zawodowym, mistrzowskim? Od dzieciństwa są atakowani tylko jednym. Od dzieciństwa właściwie nie wiedzą, że inne dyscypliny sportowe też istnieją.

Czy od poprzedniej olimpiady w Londynie, ktoś, choć raz zająknął się, w jakich warunkach trenuje Anita Włodarczyk? Teraz zrobiono z tego aferę. A może by tak przypatrzeć się salom zapaśników i bokserów? Torom kolarskim, a właściwie jednemu z prawdziwego zdarzenia, na którym trenuje cała czołówka światowa? Torom wioślarskim i kajakowym, chyba też jednym z prawdziwego zdarzenia?

Ale wyników wymagamy. Z chęcią przeliczamy, ile kosztowało „wyprodukowanie” jednego olimpijczyka w Polsce, a ile w innych krajach. Dziwimy się, że na igrzyska wysyła się zawodników, którzy zajmują w swoich konkurencjach miejsca w trzeciej, czwartej dziesiątce, przegrywają pierwsze walki. Ale nikogo nie interesuje, że na olimpiadę nie jedzie byle kto, że wszyscy uczestnicy musieli uzyskać narzucone odgórnie minima (nasze były czasem wyższe) lub startować w iluś tam zawodach kwalifikacyjnych.

Dlaczego ciężarowcy sięgają po doping? Być może dlatego, że dla nich (i nie tylko) dobry wynik oznacza objęcie centralnym szkoleniem. Za tym idą pieniądze dla nich i trenerów. Z czegoś przecież muszą żyć. Nie usprawiedliwiam, tłumaczę być może kolejne źródło zła.

Bracia Zielińscy mieli swoje pięć minut. Szeregowi Zielińscy, bo kilka miesięcy temu wstąpili do Wojskowego Zespołu Sportowego i tym samym stali się żołnierzami z pensją 2500 zł miesięcznie. A kto zna Sebastiana Zielińskiego, motocyklowego mistrza Polski? Kamila Zielińskiego, kolarza? Artura Zielińskiego, sprintera i skoczka w dal? Ale Piotr Zieliński, piłkarz włoskiego klubu SSC Napoli, jest na czołówkach doniesień nie piłki nożnej, ale SPORTU.

Byle szmaciarz z ligi okręgowej może spać spokojnie. Byt ma zapewniony. Nie mogą tego powiedzieć sportowcy innych dyscyplin. Dla nich dopiero wyniki oznaczają pieniądze. O sławie już dawno zapomnieli. Sława jest tylko dla jednych, choć bardzo przeciętnych w tym co robią.

JAKUB WAWRZYNIEC